Corviniana Thoruniana

 

Rzadka to gratka dla filologów, że cała Polska dyskutuje o renesansowym kodeksie łacińskim, który jeden z posłów chciałby sprezentować Węgrom w podzięce za ofiarowanie Polsce zbroi zamówionej dla 13-letniego Zygmunta Augusta przez jego teścia Ferdynanda Habsburga. Zbroja jak zbroja kawał solidnej niemieckiej roboty, zasiliła zbiory Wawelu. Ładny gest ze strony Węgrów wobec kraju, który na przestrzeni jakichś 300 lat utracił większość swoich zabytków kultury materialnej ze zbrojami włącznie. Tylko czy odwdzięczać się za zbroję rękopisem? Teoretycznie można, pytanie tylko po co.
Po pierwsze, rękopisów Polska utraciła na przestrzeni tychże samych 300 lat chyba jeszcze więcej niż zbrój, więc jak się jakimś cudem u nas uchował jakiś rękopis, jak przeżył Szwedów, Moskali, Prusaków, Austriaków, Sowietów i zjednoczonych Niemców, złodziei nad złodziejami, to dla Polski skarb. Skarb także dla miasta, które go posiada, a tu rzeczony rękopis jest przechowywany w Toruniu. I to od 450 prawie lat. I nikt go nie ukradł, ani nie zniszczył. 
 
Po drugie, rękopis jest w Polsce, ale jest też w konkretnym miejscu w Toruniu, w Książnicy Kopernikańskiej, pierwszej naukowej bibliotece polskiej na Pomorzu, utworzonej w 1923 r. I to nie toruńska biblioteka chce podarować rękopis Węgrom, ale centrala w Warszawie. Czyli złamanie świętej polskiej tradycji „nic o nas bez nas”. Ot tak Warszawa zabierze Toruniowi rękopis i rzuci 25 baniek tamtejszej bibliotece, żeby sobie kupili jakichś innych książek. Może ostatnich produkcji zagranicznych wydawnictw z pierwszej półki za 200 punktów, wyrobów przemysłu vanity press, publikacji polskich korporacyjnych uczonych, zamówionych w tychże wydawnictwach przez ścigające się polskie uczelnie. 
 
Po trzecie, nikt nie bierze pod uwagę specyfiki Torunia. Że to polskie miasto kresowe. Z tych drugich kresów, zachodnich, gdzie mieliśmy w historii fenomeny nie mniej chwalebne niż na wschodnich. Etnicznych Niemców, którzy chcieli być Polakami, gdy Polska była prosperującym centrum Europy, ale którzy niejednokrotnie trwali przy Polsce także wtedy gdy już upadła, trwali na przekór pruskiemu i niemieckiemu szowinizmowi. Etnicznych Polaków, którzy zmagali się z całą potęgą cywilizacyjnego naporu niemieckości, budzącej grozę, ale i oferującej edukację na najwyższym poziomie, dostęp do światowych wydarzeń kulturalnych i artystycznych, atrakcyjną karierę zawodową. Toruń jest arcypolski, ale na swój sposób, jakże odmienny od innych terenów, zaznaczony już w dawnej Rzeczypospolitej, wyłączeniem terenów miasta spod typowej administracji wojewódzkiej. Miasta niegdyś żywiołu niemieckiego, luterańskiego, ale lojalnego wobec Polski aż nie nadeszły ponure czasy Katarzyny i Fryderyka, gdy i etniczni Polacy zaczęli prześcigać się w nielojalności wobec własnego państwa. I tak się akurat złożyło, że ten rękopis florentyńskiego humanisty Naldo Naldiego dokłada swoją cegiełkę do tej odrębnej polskiej tożsamości Torunia, miasta. Zakupiony przez toruńskiego patrycjusza w XVI w., gdy rozproszone książki z węgierskiej biblioteki krążyły po Europie. Wydany po raz pierwszy w Toruniu w 1594 r. wraz z uzyskaniem przez Gimnazjum Akademickie w Toruniu statusu uczelni wyższej (https://www.dbc.wroc.pl/dlibra/doccontent?id=2919). No i później badany przez profesora tejże uczelni, rektora Piotra Jaenichena, który swoją pracę opublikował w czasopiśmie?/serii? (za 0 punktów ma się rozumieć) Meletemata Thoruniensia tom III (1731) https://jbc.bj.uj.edu.pl/dlibra/doccontent?id=281478 . Jaenichen jak i wszyscy profesorowie gimnazjum był luteraninem, urodził się w Fürstenbergu na Łużycach. Po naszemu Pśibrjog. Tak że ten rękopis to jest kawał historii Torunia.
 
Po czwarte, współczujemy Węgrom, że utracili po bitwie pod Mohaczem (1526) wspaniałą bibliotekę Macieja Korwina. I doceniamy, że chcą ją jakoś zrekonstruować. Tylko że żyjemy w czasach internetu i programów digitalizacyjnych. I Węgrzy już mają u siebie wersję cyfrową toruńskiego rękopisu wśród innych (https://corvina.hu/en/category/virtual-corvinas/all/). Po co przewozić rękopisy, skoro można zrobić ich skany, co zresztą już zrobione (https://kpbc.umk.pl/dlibra/doccontent?id=47960), skoro można zrobić idealne kopie, skoro można zaprosić do zwiedzania wirtualnych zbiorów, gdzie można godzinami zoomować i kontemplować jedną ilustracje, gdy w realu dostęp do rękopisu jest niezwykle utrudniony. Może gdyby ruszyła ogólnoświatowa akcja zwrotu książek prawowitym właścicielom i strumień polskich rękopisów popłynąłby z Moskwy, Petersburga, Sztokholmu i Uppsali z powrotem do Warszawy, Torunia, Fromborka, może wtedy można by po 450 latach ofiarować Węgrom coś, co kiedyś było przeznaczone dla ich biblioteki. Tylko że nic takiego się nie dzieje. Mnisi z góry Atos daremnie wypatrują aż otworzą się podwoje British Library, Bibliotheque Nationale de France czy Rosyjskiej Akademii Nauk. Każdy trzyma, co ma, czy zdobył to per fas czy per nefas. 
 
Po piąte, gdyby rzeczywiście należało zwracać Węgrom rękopisy z biblioteki Macieja Korwina, to nie tylko Toruń powinien tu być inkryminowany, ale także Kraków i Wrocław. A mianowicie w Bibliotece Uniwersytetu Jagiellońskiego znajduje się rękopis nr 0543. Jest to Homerowa Odyseja, którą w 1469 r. przepisał dla Macieja Korwina Dimitrios Trivolis, pracujący w Rzymie kopista z kręgu kardynała Bessariona i greckiego humanisty Teodora Gazy. Do Krakowa ten rękopis trafił ze spuścizny po profesorze Stanisławie Grzepskim, zmarłym w 1570 r. A we Wrocławiu, w Bibliotece Uniwersyteckiej mamy z kolei manuskrypt Rehdiger 492 zawierający [Cyclorum notatio et festorum mobilium designatio in annos 1452-1476] [Horologium] [Menologium] [Troparia, contacia, apolyticia diversa], zasadniczo taki kalendarz. Zakupił go podczas pobytu w Padwie w latach 1567-69 Tomasz Rehdiger, wrocławski patrycjusz, a jego spadkobiercy Adam i Jakub przekazali w 1589 do audytorium teologicznego kościoła św. Elżbiety. W 1661 r. kolekcję przejęło miasto, tworząc tzw. Bibliotheca Rehdigeriana. A dziś jest w bibliotece uniwersyteckiej pięknie zdigitalizowane (https://www.bibliotekacyfrowa.pl/dlibra/publication/3042/). A Kraków może by też Odyseję Trivolisa zdigitalizował? Chyba że już zrobione, to poproszę o link.
 
Po szóste, może jakby trzeba coś konkretnego zrobić dla Węgrów, to Kraków powinien im wysłać informację o rękopisie Odysei, bo jest ona tylko na stronie https://pinakes.irht.cnrs.fr/notices/cote/37281/ a na wirtualnej Corvinianie węgierskiej jest wzmianka tylko o dwóch innych rękopisach z Krakowa, Strategemata Frontona i Orationale króla Władysława II Jagiellończyka https://corvina.hu/en/category/cracow/ . No i może by Kraków je zdigitalizował, tak jak Toruń i Wrocław. Jeśli ktoś coś może zrobić dla naszych bratanków, to właśnie Kraków.
 
Po siódme, tak że może niekoniecznie toruński rękopis powinien zostać „oddany” do Budapesztu. Ale z całą pewnością Muzeum Narodowe w Warszawie powinno oddać Bibliotece Uniwersyteckiej we Wrocławiu przywłaszczoną prawem kaduka w 1946 r. kopię popiersia Tytusa Liwiusza autorstwa Andrei Ricchio (Briosco). Zakupił ją ten sam Tomasz Rehdiger, podczas tego samego pobytu w Padwie w 1567-69 r., gdy kupił rękopis z biblioteki Macieja Korwina. W 1937 r. hitlerowcy przenieśli popiersie z biblioteki do Muzeum Śląskiego, a po wojnie jak tysiące śląskich zabytków wyjechało do Warszawy. Może wtedy to miało jakiś sens, Warszawa była przeraźliwie ogołocona z całej swej kultury materialnej, a Wrocław niepewny, jedna bomba atomowa i wracamy znów do Lwowa. A Niemcy do Breslau. Ale dziś? Dziś może czas już oddać Wrocławiowi to, za co wrocławski patrycjusz zapłacił uczciwą cenę w Padwie 450 lat temu.
 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Lista audycji kanału Gościwit Malinowski – Podcast INTERPRETACJE

Na Ukrainie

Gościwit